niedziela, 3 czerwca 2018

Torebka potrzebna od zaraz



Wierzch do kołderki o której pisałam w poprzednim poście jest już uszyty. Nie będę się tutaj samym wierzchem chwalić. Poczekam, aż prace nad kołderką będą cokolwiek bardziej zaawansowane. Teraz czas na zrobienie kanapki. Osoby szyjące patchworki wiedzą, że to nic z kulinariów, a mozolne złożenie trzech warstw pracy i dokładne pospinanie. Choć nie ma to nic wspólnego z jedzeniem, to prace te będą przebiegać na podłodze w kuchni i bardzo się cieszę, że jest tam dość przestrzeni do rozpostarcia całej pracy.

W przerwie tych prac usiadłam do maszyny i uszyłam małą torebeczkę, która jest przeznaczona na telefon i drobne akcesoria, które chcę mieć przy sobie w czasie krótkich przejażdżek rowerowych i spacerów. Odkąd korzystam z telefonu komórkowego jego rozmiar najpierw ewoluował do coraz mniejszego, a teraz w erze smartfonów czasem trudno jest go zmieścić w kieszeni. Ot taki znak czasów.

Torebka na przodzie ma kieszonkę na zamek błyskawiczny wszyty na styku dwóch tkanin. W środek dałam podszewkę z seledynowego batystu. Praca została usztywniona specjalną gąbką do torebek grubości jakieś 2 mm, którą całe wieki temu kupiłam w sklepie z tkaninami na Uranowej w Warszawie, ale już potem nigdy z czymś takim się nie spotkałam. Gąbka obleczona dwustronnie jakąś dzianiną do usztywniania torebek jest po prostu genialna. Mam jej jeszcze na jakieś 2-3 torebki. 

W tym roku podobnie jak w poprzednich latach wybieram się do Fulneku na wystawę patchworków. Postanowiłam zawczasu przygotować się do wizyty na części handlowej tego wydażenia i robię remanent moich pomysłów, projektów i potrzeb patchworkowych, aby do weekendu lista zakupów była gotowa. Jest szansa, że nie będzie to ostatnia wystawa rękodzielnicza, jaką obejrzę w czerwcu tego roku, ale nie będę aż tak uprzedzać faktów. Każdy z takich wyjazdów to nie tylko wrażenia artystyczne, ale również towarzyskie. Nie mogę się już doczekać.

Tymczasem cieszę się tą chłodną i pochmurną niedzielą. Siedzę i patrzę na czereśnię mojej sąsiadki, która jest  objadana przez ptactwo wszelakie i chyba nie będzie tym czereśniom dane dojrzeć. A gdy tak patrzę na tą czereśnię chodzą mi po głowie kolejne letnie projekty. 

czwartek, 3 maja 2018

Ogród różany na bis

Zafundowałam sobie tak długą przerwę w pisaniu postów, iż moi czytelnicy mogli już zwątpić, że będzie jakiś ciąg dalszy, a ja tymczasem wraz z nadejściem maja postanowiłam usiąść do robótek.
Zastanawiacie się, co się u mnie przez ten czas działo? Otóż w ogóle nie tknęłam żadnej robótki. Nie ciągnęło mnie do nich i tyle. W pokoju, gdzie mam warunki do tworzenia było zimno, a ja sięgałam raczej po książkę, niż igłę z nitką, czy szydełko. Nie chciałam też pisać postów - zapełniaczy, bo ten blog ma pokazywać to, co tworzę. 
Przy okazji sięgania po książki z przyjemnością oddawałam się również lekturze książek robótkowych i snułam plany...
Plany planami, ale w pierwszej kolejności, choć wiem, że nie wszyscy się tutaj ze mną zgodzą, trzeba pokończyć rozpoczęte prace. Przy okazji projektowania pojego ubiegłorocznego różanego ogrodu uszyłam bloki, których jednak nie wykorzystałam. Postanowiłam doszyć ich więcej i zrobić z nich kolejną kołderkę. Ta będzie bardziej monotonna, niż ubiegłoroczna, ale ostatecznego projektu jeszcze nie ma nawet w mojej głowie, ponieważ  krystalizuje się on w miarę postępu prac. Nie wiem, czy w tym sezonie kołderka będzie gotowa, w każdym razie wierzch na pewno uszyję. Jest szansa, że pięć bloków zostanie, może więc uszyję jeszcze poduszki. Poprzednia kołderka powstała z przeznaczeniem do ogrodu, ale z przyjemnością korzystam z niej w domu na co dzień.
Przyznam się jeszcze, że w grudniu zaczęłam robić broszkę, którą chciałam wykorzystać do mojego stroju na Wigilię, W sumie nic dużego, a od 20 grudnia leży na takim etapie, na jakim była przed świętami. Czy czasem też tak macie, że przez pół roku nic nie robicie? Już parę razy tak się w moim życiu zdarzyło, że robótek nie tykałam przez dłuższy czas. Moja najdłuższa przerwa to chyba trzy lata, dlatego też tą ostatnią przerwę uważam za coś normalnego, bo w końcu robótkowanie to ma być relaks i przyjemność, a jeżeli znajdujemy to w czymś innym, to widocznie potrzebne nam coś innego. No i nie można traktować robótek zadaniowo, bo to nie o to chodzi, przynajmniej ja tak uważam.
A teraz pora siąść do maszyny i uszyć to, co zalega na stole odłogiem. Na broszkę też mam nadzieję znaleźć czas. Druga jest przypięta do wałka z klockami. Może wkrótce będę mogła pokazać coś gotowego? Tymczasem pochwalę się cyklamenem na moim kuchennym stole, który tak kwitnie od moich zimowych imienin. Może by sobie takiego wyhaftować? Ale jeśli idzie o haft krzyżykowy to niepokończone prace też są ... i czekają.

niedziela, 3 grudnia 2017

Orient na Śląsku

W piątek wieczorem wybrałam się do Rybnika na spotkanie z patchworkiem. Pomimo zapasu czasu, bałam się, że nie dojadę, bo miejscami mgła była tak gęsta, że na autostradzie miałam trochę strach w oczach.  
Przez najbliższe tygodnie wystawa jest prezentowana w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Miłośników patchworków zachęcam do obejrzenia.
Patchworki zostały uszyte przez quilterki z różnych krajów, które uszyły swoje prace z zestawów tkanin przygotowanych z tkanin zakupionych na jednym z bazarów w Kazachstanie. Zdjęcia nie oddają mieniących się odcieni, które dodawały im ten orientalny smaczek. Tematyka prac była bardzo różna. W końcu dla każdego Orient oznacza co innego.
Wernisażowe spotkanie z patchworkiem  prowadziły Małgorzata Lehmann z Silesian Quilt i Lenka Galińska. Można było zobaczyć sporo prac Małgorzaty, albo razem z Lenką usiąść do maszyny i zdobyć pierwsze patchworkowe szlify. Wróciłam do domu i myślę nad uszyciem czegoś przytulnego o tematyce świątecznej...
Dzisiaj nie usiądę już do maszyny, ale jutro? Kto wie?

czwartek, 16 listopada 2017

Śnieżynek i gwiazdek czar

Śnieżynki i gwiazdki, to bardzo dobre prace do ćwiczenia techniki. Obojętnie, czy są to prace robione na klockach, czy też frywolitkowe, a nawet szydełkowe, to rozmaitość dostępnych wzorów jest tak duża, że zawsze można wybrać coś do poćwiczenia dla siebie. Moje gwiazdki i śnieżynki czekały na mój wolny czas bardzo długo, ale jak już nawinęłam klocki, to przyznam szczerze, że nie mogłam się od nich oderwać. Obie prace, które dzisiaj pokazuję pochodzą z książki, o której wspominałam w poprzednim poście. 



Obiecywałam Wam sesję zdjęciową tych prac, ale czas goni, w sobotę muszę się z nimi rozstać, a tu za oknem ciemno, weny brak i cóż począć. Poszłam po najmniejszej linii oporu. Tak jak już pisałam wcześniej, wzory te tak bardzo mi się podobają, że gwiazdki zostaną zrobione przeze mnie jeszcze raz, może wtedy najdzie mnie twórczy nastrój fotograficzny i zostaną pokazane w bardziej świątecznym anturażu. A jak tam Wasze przygotowania do świąt? Czy remanent w świątecznych dekoracjach już zrobiony? Może czasem warto zajrzeć do nich trochę wcześniej, aby zaplanować uzupełnienie ich o to, co naprawdę jest potrzebne i sprawdzi się w naszym wnętrzu? Tak tak, trzeba zajrzeć na strychy i do pawlaczy.
A tymczasem biegnę dokończyć listę zakupów na sobotni wyjazd hobbystyczny. 

piątek, 10 listopada 2017

Z poślizgiem ...

Tytuł posta powinien brzmieć raczej "znowu z poślizgiem", bo w ostatnich miesiącach dużo się dzieje i niekoniecznie znajduję czas na bieżące wpisy. Na szczęście w tym codziennym zabieganiu udało mi się zrobić parę drobnych prac na klockach. Prace są drobne tylko z nazwy, bo choć to zwykłe śnieżynki, to wymagają sporo czasu i uwagi. Wzory pochodzą z książki Brigitte Bellon "Allerlei geklöppelter Christbaumschmuck", są w niej dwadzieścia cztery takie drobiazgi, prawie wszystkie mi się podobają. 
Te już gotowe jeszcze nie doczekały się sesji zdjęciowej, ale pewnie kiedyś nastąpi taka chwila, że najdzie mnie wena fotograficzna. W zasadzie to powinna mnie najść już jutro, bo przede mną mała uroczystość rodzinna. Trzeba będzie zrobić parę zdjęć by uwiecznić najmłodszych szybko rosnących członków rodziny.

Przy okazji postu poświęconego koronce klockowej wspomnę o warsztatach, w których brałam udział w połowie października. W miłym ponad dwudziestoosobowym gronie pod okiem Małgorzaty Połubok doskonaliłyśmy umiejętności. To było bardzo owocne spotkanie, które przebiegło w miłej atmosferze. liczę, że na wiosnę nie ominie mnie następny taki zjazd. Pokłosiem tego spotkania będzie wystawa, ale jeszcze nie czas o tym pisać... 

niedziela, 1 października 2017

Jak zrobić wałek do robienia koronki klockowej - innowacje robótkowe

Na początku lata zgromadziłam słuszną ilość trocin potrzebnych do zrobienia wałka do robienia koronek. Nigdzie mi się nie spieszyło, więc przez kilka tygodni suszyły się w kartonie na stole w warsztacie  i budziły niesłychane zainteresowanie dzieci mojej Bratanicy. Maluchy za każdym razem, gdy przyjeżdżały prosiły o otwarcie pomieszczenia, zanurzały w nich ręce po łokcie  i zastanawiały się nad różnicą pomiędzy piaskiem, a trocinami, bo w pierwszej chwili myślały, że to piasek.

Te igraszki sprawiły, że wszystkie półki w pomieszczeniu pokryły się warstwą kurzu drzewnego, więc aby położyć temu kres musiałam wziąć się do pracy i wykorzystać trociny zgodnie z pierwotnym zamiarem. Do wałka postanowiłam wmontować płaskorzeźbę wykonaną w drewnie, którą dostałam parę lat temu, a że nie mam jej gdzie powiesić, leżała sobie na strychu i czekała na ciekawy pomysł. Jej średnica determinowała średnicę całego wałka, nie mogła ona być mniejsza, niż 35 cm. Nie chciałam go wypychać trocinami w całości, więc w środek została wmontowana rura wentylacyjna o średnicy 15 cm. Z obu stron wałka zostały założone pierścienie z płyty, którą nazywam "pleckami mebli". Na całość uszyłam podszewkę z materiału wsypowego. 
Wałek najłatwiej robi się ubijając trociny w rurze. Już jeden taki zrobiłam, o średnicy 19 cm, ale dostanie rury o średnicy 35 cm nie jest proste, więc musiałam poradzić sobie bez niej. Całość trzeba było zaszyć już ręcznie.


Rura w środku wałka tworzy naturalny schowek, gdzie można włożyć szpulki z nićmi, lub etui z klockami. Żeby to ładnie wyglądało i dało się zamknąć domontowałam taką oto zatyczkę. Jest wykonana z trzech podkładek korkowych. Dwie zostały docięte do średnicy otworu, wszystkie trzy skleiłam, na wierzch dałam owatę i obszyłam to wszystko tym samym materiałem, z jakiego zrobiony jest pokrowiec.









Długość wałka została dopasowana do długości deski na której można zamontować ten wałek na statywie fotograficznym. Taki zestaw wykoncypowałam sobie kilkanaście lat temu w początkach mojej kariery koronczarskiej. Pierwszy wałek z tamtego okresu już dawno nie istnieje, a deska i owszem. W tamtych czasach jej długość była dopasowana do długości walizki z którą jeździłam do Bobowej uczyć się koronki.
Gdyby ktoś chciał wykorzystać pomysł ze statywem, to wymaga to użycia ciężkiego statywu, bo tylko wtedy konstrukcja ta jest stabilna. Mój waży ponad 4 kg.
Jeśli chodzi o trociny, to muszą być one bardzo drobne, takie sprzedawane dla zwierząt, czyli raczej wióry nie nadają się, bo trudno jest wbijać w nie szpilki.
Ostatnie dziesięć dni upłynęło mi pod znakiem koronki klockowej. Powstają kolejne ozdoby choinkowe, ale o tym będzie już w kolejnym wpisie.














poniedziałek, 18 września 2017

Podróże z pasją - XVIII Międzynarodowy Festiwal Koronki Klockowej w Bobowej

Zrobiłam podsumowanie i doszłam do wniosku, że do Bobowej przyjeżdżam już od czternastu lat. Pierwszy raz pojawiłam się tu na początku lata w 2003 roku i od tego czasu na więcej festiwalach byłam, niż mnie nie było. 
W tym roku, wprawdzie po ciemku, ale miałam okazję zobaczyć piękny mural autorstwa NeSpoon. Ostatni raz gdy tędy przechodziłam ciągle stał szkaradny drewniany dom, który straszył swoimi opuszczonymi oczodołami okien i nic przez lata nie zapowiadało, że może on zniknąć z krajobrazu, a tu proszę, taka zmiana, zielony trawnik i ozdobiona 

koronkowym muralem ściana budynku lokalnego centrum kultury. Przy okazji festiwalu odbywa się konkurs na najpiękniejszą koronkę. Prawda jest taka, że sam konkurs jest o kilka lat starszy, niż sam festiwal. Dużych prac było trochę mniej, za to więcej ozdób i biżuterii. Na wystawie od kilku lat nie widać już prac nestorek grupy lokalnych koronczarek, ale za to coraz więcej prac z całej Polski, co jest takim małym jak na razie światełkiem, nadzieją, że ta koronka nie wymrze śmiercią naturalną i ktoś ją nadal będzie chciał robić.
Przyjeżdżając na festiwal zawsze z zainteresowaniem oglądam pokazy mody towarzyszące tej imprezie. Niezmiennie można liczyć na pokaz mody projektantek z Czech. Tak było i w tym roku. Ivana Domanjová  Dana Mašková zaprezentowały swoje dokonania, a ja ubolewałam, że mam mały aparacik z równie małym obiektywem, bo z daleka niewiele było widać. W przyszłym roku, o ile dane mi będzie pojechać, nie popełnię tego błędu! Wezmę mój największy tele.


Festiwal bodaj po raz pierwszy gościł koronczarki z Indii Nelindę i Carol da Silva. Panie od razu wystąpiły z pokazem mody. Była to stonowana klasyka w bardzo dobrym guście. Wyjątkiem od klasyki był ostatni biały strój, który nawiązywał do tradycyjnej mody indyjskiej.

Obok widzicie stoisko koronczarek reprezentujących słowackie Krakovany. Kiedyś dawno temu w Preszowie zachwycałam się bogactwem ornamentów na ich strojach ludowych, a tym razem miałam trochę czasu, aby przyjrzeć się temu z bliska.

Bardzo mi się też spodobały serwetki, których autorką jest Helena Drestová. Projekty przypominają te bobowskie, bo to w końcu koronka słowiańska, ale te są bardziej dopracowane pod względem artystycznym i już samych schematów, i nie wykluczam, że po któryś z nich sięgnę.
Pozwolicie, że nie będę się rozpisywać o innych stoiskach, a były koronczarki z Czech, Belgii, Holandii, Indii, Włoch, Francji 
i oczywiście Polski i to nawet całe trzy stoiska, które można właściwie liczyć jako cztery.



Przy okazji tej relacji chciałabym opowiedzieć w skrócie o dwóch wystawach, które odbyły się jako imprezy towarzyszące festiwalowi. Pierwszą, o której chciałam napisać, to wystawia "Śląsk w koronce" dla której prac i zbiorów swoje podwoje otworzył jeden z najlepiej zachowanych renesansowych dworów obronnych w Polsce, czyli dwór w Jeżowie.

Wystawa powstała dzięki patronatowi Domu Kultury Katowice Południe pod troskliwym okiem pani Małgorzaty Połubok. Wystawa cały czas się tworzy i rozwija i ma za zadanie odtworzenie koronczarskiego dziedzictwa Górnego Śląska, a jednocześnie prezentuje elementy śląskiego stroju ludowejo, stare fotografie, zbiór prac wykonanych techniką koronki klockowej przedstawiających znane budynki i budowle Górnego Śląska. 




Jest szansa, że i ja do tej wystawy swą koronkową cegiełkę dołożę, bo jak na razie to tylko wtrącałam swoje trzy grosze. Wystawa ta jest trzecią polską wystawą o której wiem, która towarzyszyła festiwalowi w czasie jego osiemnastoletniej historii. 










Przygotowania do wernisażu były jednocześnie okazją do miłych rozmów i spotkań. Mało brakowało, a sala w dworze okazałaby się za mała, aby pomieścić wszystkich gości wernisażu.










W pierwszym rzędzie zasiadły wszystkie nauczycielki pani Małgorzaty Połubok, to najbardziej krytyczna widownia. 












Wernisaż, to nie tylko odczyt opiekunki artystycznej, ale również chodząca w tle Basia wieszająca pranie, odziana w bieliźnie sprzed stu lat. To również siedząca w tle Michalina ubrana w śląski strój ludowy. Niektórzy myśleli, że to manekin i szmer przeszedł po sali, gdy Michasia zamrugała oczami ...







Na koniec zaprezentowały się autorki prac, które mogły w tym czasie przyjechać do Bobowej. Wszystkie są członkiniami Śląskiego Koła Koronki Klockowej.











Drugą z wystaw zorganizowała i otworzyła Jana Frajkorová. Wystawa prezentowała historię koronki w okolicach Preszowa, która jest tam znana jako soľnobanská čipka, czyli koronka, której tradycja wyrosła wokół kopalni soli. Jest to kolejna wystawa, którą zaprezentowała nam przy okazji festiwalu Jana Frajkorová. Jeśli o mnie chodzi, jest ona wielką osobowością twórczą i widać to w tym co tworzy. Śledzę jej prace nie tylko przy okazji festiwalu, ale również od niedawna w mediach społecznościowych i nieustannie podziwiam!

Na koniec tej relacji dodam jeszcze tylko, że festiwal w tym roku odbył się na początku września (7-10 IX),
 a nie jak dotąd na początku października. Ku zadowoleniu wszystkich pogoda dopisała.