Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2016

Grudniowa Begonia


Skończona już kilka tygodni temu, o czym nawet w którymś poście pisałam, druga zrobiona przeze mnie chusta o nazwie Begonia Swirl (klik) doczekała się prania i blokowania.

Bardzo zależało mi na wpleceniu koralików. Do gustu przypadły mi koraliku w lekko opalizującym kolorze. Ich fioletowe refleksy lekko odcinają się od zieleni chusty. Te jedenaście rzędów, w których w każdym wplatałam ponad dziewięćdziesiąt koralików było najbardziej mordercze. Iście kopciuszkowa robota, ale efekt wynagradza ten trud. Chustę zrobiłam z przeznaczeniem dla siebie i zastanawiam się do czego będę ją nosić. Muszę pomyśleć nad jakimiś stylizacjami.
Jeszcze dla uzupełnienia, chusta została wykonana z włóczki Drops Lace. Zużyłam jakieś 70 g. Robiłam na drutach 3,75 mm.











Drutów nie odłożyłam daleko, ale w ostatnich tygodniach wolny czas spędzałam przy maszynie. Powoli pikuję mój kocyk-kołderkę, który pojawił się już na tym blogu pod nazwą "Różany ogród". To moje pierwsze tak duże pikowanie. Powoli posuwam się do przodu, z naciskiem na powoli i trzeba z tego wyłączyć ostatni tydzień, który jeśli chodzi o szycie był kompletnie bezproduktywny, choć w ogóle tak całkiem bezproduktywny to nie był, gdyż przyszedł mi do głowy całkiem nowy patchworkowy pomysł. Udało mi się przelać ten pomysł na papier. Co do pomysłu, to rąbka tajemnicy nie uchylę, ale mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach uda mi się i skończyć pikowanie, i zrealizować pomysł. Trzymajcie za mnie kciuki.

sobota, 18 czerwca 2016

Robótkowanie na widoku


Dzisiaj w Światowym Dniu Robienia na Drutach w Miejscach Publicznych koniecznie należy wyjść z domu i spotkać się w towarzystwie, które kocha robienie na drutach tak jak my!

Mnie też dane było usiąść przy "małym conieco" w takowym gronie. 

Iwonka na zdjęciu obok dzierga " Begonia Swirl".
Magdę bodaj pierwszy raz widziałam z drutami, bo ona raczej wierna jest szydełku, ale oczka przesuwały się jej bardzo sprawnie, więc i druty nie są jej najwyraźniej obce. Ma powstać pomarańczowa chusta.
Niektóre koleżanki, jak Ewa i Asia pozostały wierne szydełku i dla nich był to Światowy Dzień Dziergania, bo chyba tak też można interpretować dzisiejsze święto. Ewa tworzy ogromną firankę.
Asia robi na szydełku nawet z zamkniętymi oczami. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale najwyraźniej jest. Za każdym razem, gdy ją spotykam robi coś innego. Tempo godne pozazdroszczenia.
Jeśli o tempie mowa, to wspomnieć należy również o drugiej Ewie, która robi na drutach bez patrzenia i chusty u niej powstają w czasie dwóch-trzech dni. Tutaj tworzy się turkusowa bluzeczka. Pewnie gdy ją następnym razem zobaczę, to bluzeczkę będzie miała na sobie.
 
Ja muszę przyznać, że nie zabrałam ze sobą swojej robótki. A na tapecie jest kolejna Begonia. Jestem na etapie wrabiania koralików i bałam się, że w czasie spotkania wszystko mi się pomyli, a koraliki rozpierzchną się po całym placu, czego wolałam uniknąć i robótka choć ostatnio towarzyszyła mi w podróżach, musiała zostać w domu. Zaraz usiądę z nią w ogrodzie, to w końcu też na widoku, mam nadzieję, że będzie się liczyło.

sobota, 14 maja 2016

Wiosenna begonia

Dość długo to trwało, ale w końcu udało mi się skończyć chustę wg wzoru o nazwie Begonia Swirl, który swego czasu bardzo mnie urzekł i który wybrała sobie moja Bratowa, bo robiłam chustę z przeznaczeniem właśnie dla niej. Początkowo miała być prezentem na gwiazdkę, potem na imieniny i właściwie jest prezentem imieninowym, choć trochę spóźnionym.












Chusta ma kształt ... hmm, no właśnie, jaki ona ma kształt? W każdym razie do blokowania rozpinałam ją na planie okręgu.
Wydziergana jest z szarobłękitnej Drops Lace (mieszanka alpaki 70% i jedwabiu 30%). Zużyłam 80 g, czyli jakieś 640 m włóczki. Chusta ma 35 cm w najszerszym miejscu, a najdłuższy brzeg mierzy 350 cm.






W każdym z 46 liści wrobiłam po 23 koraliki. Łatwo policzyć, jest ich 1058 i to one tak spowolniły pracę. Początkowe 65 rzędów zrobiłam bodaj w 4 dni, a pozostałe 30 posuwały się w tempie wolniejszym, niż ślimacze.

Z efektu końcowego jestem bardzo zadowolona i nie jest wykluczone, że dla siebie też taką popełnię, ale już w innym kolorze.






poniedziałek, 8 lutego 2016

Komplecik chyba na przyszłą zimę

Otulacz skończony! Zrobiłam do niego również czapkę. Dla ożywienia jedna i druga sztuka udziergu uzyskała miętową obwódkę. Nie wiem czy to dobry pomysł. Na razie jest. 
Wczoraj pochwaliłam się nowym kompletem mojemu Bratu, na co stwierdził, że przecież zimy już nie będzie. W czapce zdążyłam już pochodzić parę dni, natomiast otulacz, mój pierwszy w życiu miał debiut dzisiaj. Bardzo miło się go nosi.


Czapka to również debiut i o ile czapek nie lubię, to w niej chodzę nawet chętnie. Jest luźna i taka a la skarpeta, da się ją fajnie na głowie wymodelować. Jak znajdę chętną do prezentacji modelkę, to zrobię i pokażę dodatkowe zdjęcie.

Co do czapek nie powiedziałam chyba w tym sezonie ostatniego słowa, bo chodzi mi po  głowie taka z wrabianym wzorem. Ale to już na pewno będzie na przyszłą zimę. 

sobota, 30 stycznia 2016

Nic prostszego nie da się wydziergać

Dwa lata temu, gdy zaczynałam swoją przygodę z drutami spodobała mi się włóczka o nazwie ETHNO. Nabyłam tego 5 motków i tak sobie czekały na zrobienie czegoś wokół szyi, bo ta ilość (250g) na nic innego nie wystarczy. Nawet sobie o czymś większym pomyślałam, ale okazało się, że włóczka owa odeszła już do lamusa i nie jest produkowana. Przy tej to okazji uświadomiłam sobie, że nie należy robić nadmiernych zapasów włóczkowych, bo potem może się okazać, że nie wiadomo, co z nimi począć. Tak więc świadomość jest, ale niechętnie jestem aż taką włóczkową pragmatyczką i od czasu do czasu ponosi mnie zakupowa fantazja. Pewnie łączycie się ze mną w tej fantazji i macie zachomikowany niejeden moteczek, co?

Styczeń dał mi w kość i mogłam sobie pozwolić tylko na niewielką i nieabsorbującą robótkę, dlatego też padło na ową włóczkę z której nie ma co robić skomplikowanych wzorów i tak powstaje sobie szalik, a może zamot, bo raczej skłaniam się w kierunku tego drugiego. Mam już wyrobione trzy kłębki, a teraz zabieram się za czapkę. To, co zostanie z pozostałych dwóch motków zostanie wrobione do szalika.

Dzisiaj zastanawiałam się, czy z tego kompletu będzie tej zimy jeszcze jakiś pożytek, bo dzisiaj pogoda była raczej wiosenna. Ciepło i słonecznie, aż miło i można ładować akumulatory. To słońce bardzo się spodobało mojej kocicy i tylko przemieszczała się wraz ze słonecznymi łatami wędrującymi po podłodze. 
Ja poproszę aby w lutym wszystkie weekendy były takie słoneczne, a wówczas będzie szansa, że w tym krótkim miesiącu sporo zdziałam.

Spisałam sobie listę najbliższych planów dziewiarskich i jest na niej 14 pozycji, w tym dwie prace do dokończenia. Powinnam sobie zrobić jeszcze taką listę frywolitkową i patchworkową, a wówczas doszłabym do wniosku, że jestem kompletnie niewydajna. Nie będę jednak tak myśleć, bo w końcu robótkuję wyłącznie dla przyjemności i relaksu :)

czwartek, 12 listopada 2015

Zdążyć przed zimą

Wczoraj dostałam sąsiedzką reprymendę, że blog leży odłogiem i nie wiadomo, co się u mnie dzieje. Kwintesencją wszystkiego może być tytuł ostatniego wpisu i tyle.

Jednak w tym całym zawrocie głowy i permanentnym braku czasu, który towarzyszy mi od dobrych dwóch miesięcy, udało mi się skończyć jedną rozpoczętą wiosną pracę.





Nie widziałam nigdy gotowego szala wykonanego wg wzoru Shetland Ruffles autorstwa Kieran Foley, ale wzór ten zachwycił mnie tak bardzo, że postanowiłam spróbować. Zastosowane przeze mnie kolory nie odbiegają zbytnio od autorskiego pierwowzoru. Miałam w domu szary melanż Drops Delight, który pierwotnie był kupiony na Semele, ale po trzykrotnym rozpoczynaniu pierwszego listka i braku możliwości prucia postanowiłam dać za wygraną i zrobić wymarzoną Semele z innej włóczki, co wyszło wszystkim na dobre: i mnie, i Semele, i szalowi, który widać na zdjęciu obok. Ten szary melanż jest po prostu stworzony do takiego wzoru, zarazem prostego, ale niebanalnego.  


Teraz chodzi za mną, aby do tego szala dorobić czapkę, ale ja przecież żadnej czapki nie popełniłam, nawet wg cudzego wzoru, a tu aż się prosi, żeby zrobić coś "na tę samą melodię". Zanim za to się zabiorę powciągam jeszcze nitki, aby szal był już całkowicie wykończony. Kusiło mnie, żeby zrobić z niego omot, ale jest chyba za szeroki i w takiej wersji nie dałoby się wyeksponować całej jego urody.

Ten szal to prawie 180 cm długości i 60 cm szerokości. Zużyłam na niego po 150 g. Szarego Drops Delight i YarnArt Wool w kolorze fuksji. 














Poniżej wgląd na całość w trakcie blokowania.



sobota, 29 sierpnia 2015

Mimozami, jesień się zaczyna ...

























Tak kiedyś śpiewał Czesław Niemen i pewnie w głowach wielu z nas ta melodia gości sobie czasem. Przez lata całe nie rozumiałam skąd te mimozy i o co chodzi, aż tu ktoś mnie uświadomił, że w pewnych częściach Polski mimozami nazywane są nawłocie kanadyjskie. W mojej okolicy w ostatnich dwudziestu latach rozpleniły się niesamowicie i ... kwitną już od dwóch tygodni złocąc łąki swoimi wiechami, a szerokie piramidy drobnych koszyczków kołyszą się przy każdym powiewie wiatru. Ich kwitnienie zapowiada nieuchronne nadejście tej chłodniejszej i ciemniejszej pory roku. Gdyby ktoś chciał się upomnieć, że naszym rodzimym symbolem zbliżającej się jesieni jest kwitnący wrzos, to spieszę Was zapewnić, że on też już kwitnie. Pora rozpocząć robótkowe przygotowania na ten chłodniejszy sezon.

W moich dzianinach prezentowanych tutaj w poprzednim poście w zasadzie postępów brak, a ja tymczasem robię próbkę do swetra. Docelowo nie będzie robiony na drutach, jak na zdjęciu, chociaż nie będę się zarzekać, ale na potrzeby tej próbki wyciągnęłam stare poczciwe długie druty, które okazują się posiadać całkiem ostre końce, ale że w tym tysiącleciu robiłam wyłącznie na drutach z żyłką, ewentualnie pończoszniczych, to te obijają mi się wszędzie po prostu strasznie!

Co myślicie o swetrze w kolorze jak na załączonym zdjęciu? Włóczka jest czystą wełną i to bardzo cienką: 600m/100g, dlatego postanowiłam  dziergać z podwójnej nitki.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dziewiarskie przydasie - robótkowe innowacje

Tak jak kiedyś poszukiwałam idealnych drutów (idealnych dla mnie oczywiście), tak teraz eksperymentuję z różnymi markerami. Ostatnio padło na O-ringi, czyli małe gumowe uszczelki. Nie wiedziałam nawet, że mogą być inne, niż czarne, a tu proszę w pięknym kolorze zielonego jabłuszka. Nie są bardzo sztywne, nie ślizgają się za bardzo po drucie, jednym słowem jak na razie idealne. Do ich zalet należy dopisać przystępną cenę.

Drugim moim pomysłem na wykorzystanie tego, co może jest w domu, jest licznik do rzędów w postaci kłódki z szyfrem. Jeszcze z niej nie korzystałam, ale pomysł powstał w mojej głowie. Zaczynam dziergać szarą i mam nadzieję wyjątkowo ciepłą mgłę, bo szara zimna mgła kojarzy mi się wyjątkowo z rodzimą literaturą fantasy. Żeby zrobić ten szal trzeba będzie przerobić setki rzędów. Oj zapowiada się bardzo długie i żmudne dzierganie. Na wczorajszym spotkaniu robótkowym Ewa uświadomiła mnie, że na zrobienie klasycznego orenburskiego szala wprawne dziewiarki potrzebują ok. dwustu pięćdziesięciu godzin. Klasyczny szal ma wymiary ok. 150x150cm, mój będzie prostokątny i myślę, że co najmniej połowę mniejszy. Ale i tak pracy będzie mnóstwo, a ja niestety, nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem wprawną dziewiarką. Czy aby nie porywam się z motyką na słońce? Ewa stwierdziła także, że nie należy mieć więcej niż cztery zaczęte robótki i tutaj szybki remanent: dziewiarskich pięć + jedna do sprucia, frywolitkowych dwie, hafciarskich dwie i jedna krawiecka. Trzeba będzie popracować nad zbliżeniem się do magicznej liczby cztery. W ostatnim tygodniu nie bardzo byłam w stanie robić cokolwiek, ale za to przeglądałam sobie literaturę dziewiarską i snułam plany... Tym bardziej trzeba pokończyć to, co zaczęte. A jak u Was wygląda robótkowy remanent? 

niedziela, 16 sierpnia 2015

Alpejskie łąki w letnie upały


Jest szansa, że letnie upały właśnie się kończą. Chyba wszyscy mają dość i trudno się temu dziwić. Gdy zaglądam na zaprzyjaźnione blogi widzę, że niewiele tam jest nowych wpisów. No ale trudno jest tworzyć przy takiej pogodzie. Ja starałam się nie dawać za wygraną i tak powstała moja wersja Alpejskich łąk wg wzoru, którego autorem jest Oksana Kuschovenko. Szczerze mówiąc, to jest ona autorką pomysłu na chustę z wykorzystaniem wzoru kultowej japońskiej projektantki Hitomi Shida, a wzór jest między innymi w tej książce.  Przez meandry tworzenia tego ażuru prowadziła mnie Intensywne Kreatywna. Dzięki jej filmikom wszystko było do przebrnięcia.

Chusta powstała z wspaniałej wełenki Merino Lace 400 w kolorze nr. 78, czyli turkusowym. Kupiłam  125 g.  Na chustę zużyłam 103g i koraliki TOHO8 w ilości 530 szt. Zostały umiejscowione po 3 szt. w ogonkach liści i w każdej z 260 pikotek. Robiłam  drutami 3,25 mm (część gładka) i 3,5 mm (ażur). Chusta powstała w 16 dni i jest to chyba mój rekord. 
Wymiary: po zblokowaniu 183 cm x 55 cm. Ta wełenka w blokowaniu nie rozciąga się aż tak bardzo, jak inne.

Przy okazji tej pracy przekonałam się, jak przydatną rzeczą jest mini mata do koralików. Ma 8,5 x 14,5 cm i idealnie nadaje się do pracy w trudnych okolicznościach przyrody, gdzie koraliki mogłyby nam się rozsypać, czyli np. w podróży lub w ogrodzie. Wczoraj dziergając w kuchni nieopatrznie wysypałam koraliki do małego trójkątnego naczynka, ale trąciłam je i w konsekwencji musiałam zbierać koraliki rozrzucone po całym pomieszczeniu. A z tą matą nic takiego się nie przydarza. W podróży też świetnie się sprawdziła. Denerwuje mnie tylko jej sztuczny zapach, ale ...
Trochę nagimnastykowałam się z rozpinaniem chusty w czasie blokowania. Chciałam, żeby szybko wyschła, a na poddaszu było ze 40C i dosłownie jest skropiona kapiącym z mojego czoła potem. Szpilek też nawbijałam całkiem sporo.
Uroda gotowej chusty wynagradza wszystkie trudy. Jest naprawdę piękna! To mój pierwszy ażur i już wiem, że na pewno nie ostatni. 





piątek, 22 maja 2015

Wiosenna zieleń nowej chusty






























Parę tygodni temu obiecałam Wam pokazanie kolejnego entrelaca w pełnej krasie, czyli na zdjęciach, do których się przyłożę, a tymczasem czas jakoś przyspieszył. Dni mijały, a zdjęcia jakoś były tylko w mojej głowie. W końcu zrobiłam i to 9 maja, ale znów świat zawirował i pojawiły się inne tematy na tapecie, głównie zawodowe, a one musiały spokojnie poczekać. W końcu dzisiaj usiadłam do komputera i chyba trochę przekombinowałam, ale chciałam pokazać na jednym zdjęciu z dwóch stron. Oryginalnie udrapowana na żakiecie chusta zawisła na żyrandolu. Ekspresja kolorów tej pięknej włóczki bardzo mnie cieszy. Chusta wyszła całkiem spora: 210 cm rozpiętości, a w drugą stronę 100. Jest zrobiona z 250g włóczki Lang Jawoll Magic. Wygląda na ciepłą.
 

Podobnie, jak poprzednia chusta została obrobiona dookoła jednym cięgiem. 
Zaglądam na zaprzyjaźnione blogi i widzę, że na wielu z nich podobnie, jak u mnie inne, nierobótkowe sprawy przeważają. Od ostatniego wpisu nie sięgnęłam po pasiasty sweterek i nie rozplanowałam podkroju pach, ale za to zaczęłam nowy szal i jest szansa, że do urlopu skończę, a jak nie to do zimy na pewno. Jeszcze go teraz nie pokażę, bo nie chcę Was zanudzać.


Zamiast zajmować się robótkami, ja cały czas rozglądam się za kwiatkami i chłonę wiosnę. I żeby mnie zachwycały wcale nie muszą być okazałe. Marzy mi się jakiś plener na łonie natury, ale na to muszę trochę poczekać, chociaż czasem żeby coś ciekawego zobaczyć nie trzeba się daleko wybierać.










W ubiegłą niedzielę, przy okazji spaceru do urny wyborczej zobaczyłam na płocie takie cudo. W  drodze do pracy podziwiam już przekwitające nieco kasztanowce, a także całkiem świeże jarzębiny i kaliny. Oj jest cudnie. Nie chce się siedzieć w domu przy robótkach. Może w weekend siądę sobie pod chmurką i trochę podziergam.

czwartek, 7 maja 2015

Wszystko "w proszku"

Wiem, że jestem Wam winna sesję zielonej entrelakowej chusty, ale ostatnio więcej mnie nie ma w domu, niż jestem i w ostatnich dwóch tygodniach w ogóle nie miałam weny fotograficznej, choć to też niezupełnie jest prawda, bo na wyjeździe zdjęcia robiłam, ale w domu już nie ...
Zanim chusta zawiśnie na manekinie, albo na fotelu ogrodowym i udrapowana zapozuje do zdjęcia, pokażę Wam, co zaczęłam w tygodniu poświątecznym.

To mój pierwszy w życiu żakard, chociaż miłośnicy żakardu pewnie nazwaliby nazwaniem tego ściegu żakardem prawdziwym nadużyciem.
Dwa kawałki, które widzicie na fotelu to udzierg jednego tygodnia, co w moim wykonaniu jest dużym wyczynem. Przód i tył sweterka mam zrobiony do pach i czeka teraz na przypływ natchnienia i czasu. Tak na prawdę to czeka na zrobienie formy na podkrój pach i na rękawy, aby móc ciągnąć dalej. Fakt, że robi się coraz cieplej, trochę mnie od tej robótki oddalił. Może jakiś weekend sprawi, że znowu się za to zabiorę, ale takich wolnych weekendów na horyzoncie jakoś nie widać. 

Maj to dla mnie czas, kiedy patrzę na świat buchający kwieciem i co roku nie mogę się nadziwić tej magii odradzania się życia. Podziwiam delikatne zielone kwiaty klonów, patrzę na rozchylające się płatki jabłoni i mogłabym spędzać na świeżym powietrzu cały boży dzień, od świtu do zmierzchu. Proza życia jednak mi na to nie pozwala. Ale ta majowa magia i brak czasu sprawiły, że robótki chwilowo poszły w kąt, choć snuję sobie jakieś tam plany...
Z większą przyjemnością niż na druty patrzę na kaskadę kwiatów fuksji, która spada z wiszącej doniczki. Dwa tygodnie temu posadziłam w skrzynkach pelargonie, które po Zimnych Ogrodnikach wylądują na moich parapetach. Czekam na weekend, aby wziąć aparat i powłóczyć się po lesie. A las na wyciągnięcie ręki.

  
Dwa dni temu kosiłam trawę, ale jakoś uchowały się nieskoszone mniszki, aby wystrzelić w niebo kuleczkami dmuchawców. Kiedyś mieszkałam w pobliżu dwóch sporych ogrodów botanicznych. Od wiosny, do jesieni odwiedzałam je regularnie i fotografowałam, fotografowałam, fotografowałam... Trochę mi tego brakuje. Zostaje tylko dzika przyroda najbliższej okolicy. Może uda się, że urlop przyniesie jakąś odmianę i dostarczy nowych fotograficznych wrażeń.

sobota, 18 kwietnia 2015

Oby nauka nie poszła w las

W listopadzie ubiegłego roku zobaczyłam pracę LadyInYarn i nie mogłam spać spokojnie. Zapragnęłam nauczyć się splotu brioszkowego. Już wówczas nabyłam włóczkę na szalik, ale nadmiar zdarzeń i wrażeń nie zachęcał do nauki. Włóczka nabrała mocy urzędowej i gdy Intensywnie Kreatywna opublikowała pierwsze odcinki kursu brioszki, wyciągnęłam włóczkę z kartonu - magazynku. Zrobiłam próbkę i przekonałam się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Z rozpoczęciem szalika chyba trochę poczekam, bo teraz w planach dzianiny, które mają szansę sprawdzić się w tej cieplejszej i przyjemniejszej połowie roku.  Brioszka bardzo mi się podoba i być może powstanie nie tylko szalik, ale również czapka, a przynajmniej do zrobienia jej namawiała mnie dzisiaj moja Bratowa. Ale właściwie, to zamierzam zrobić sobie przerwę w drutowaniu i zrobienia czegoś czółenkiem.

W następnym wpisie zaprezentuję Wam chustę, która właśnie zdobi podłogę w moim pokoju dziennym. To zdjęcie nie oddaje urody zieleni i turkusu, ale chyba ma szansę stać się wiosenną faworytą. Może przy okazji fotografowania w całości kolory będą wierniejsze.
Dzisiaj przeglądałam szmatki i łatki. W ręku zostały mi dwa zestawy, które ciągną mnie w kierunku maszyny. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Coś mi się wydaje, że nawet gdyby doba miała 48 godzin, to i tak byłoby za mało.

sobota, 14 marca 2015

Skrzydło motyla

Od czasu do czasu lubię błąkać się z aparatem fotograficznym i pstrykać to, co mijam po drodze. Najchętniej uwieczniam przyrodę, a kwiaty i motyle, to moje ulubione tematy. Jesienią ubiegłego roku Intensywnie Kreatywna zapowiedziała razemrobienie szala autorstwa Melindy VerMeer, którego wzór przypomina skrzydło motyla. Bardzo mi się spodobał i od razu kupiłam włóczkę. Postanowiłam, że tym razem to nie będzie nic z pomarańczem i padło na turkusy.
Robótka powstawała etapami, bo szal, a raczej chusta zaczęta w listopadzie, została skończona w ubiegłym tygodniu. Żeby wyeksponować ażury w klinach chustę, po zdjęciu z drutów, trzeba było zblokować. Niestety, nie położyłam nic na styropianie i potem musiałam wydłubywać białe kuleczki z chusty. Nauczka na przyszłość. Nie wiem, co mnie podkusiło, bo wcześniej zawsze rozkładałam prześcieradło frotowe, które jednocześnie świetnie odciągało wodę z robótki.















Jest to świetny wzór dla osób, które tak jak ja, dopiero zaczynają swoją przygodę z ażurami. Dobrze dobrana włóczka może dać tu znakomity efekt. Miałam ochotę na kolory, jakie występują na skrzydłach motylich, ale ostatecznie padło na ten kolor.
Wzór można ściągnąć nieodpłatnie z Ravelry. Moja chusta została wykonana na drutach 4,0 mm z włóczki YarnArt Wool w kolorze antracytowym i Lang Jawool Magic w odcieniach turkusu.

Krym 2008
1992 Kodak Gold 100

























Przy okazji prezentacji chusty chciałam przemycić trochę mojej fascynacji skrzydlatym światem motyli. To zdjęcie po lewej stronie zrobiłam jeszcze aparatem analogowym na negatywie. Dzisiaj zeskanowałam zdjęcie aby móc tutaj opublikować. Przez chwilę zastanawiałam się, jak długo będę szukać tej klatki, którą miałam gdzieś w pamięci, ale okazało się, że w negatywach panuje całkiem niezły porządek. Wówczas robiłam jakieś 15-20 filmów rocznie i wydawało mi się że robię bardzo dużo zdjęć, a to zaledwie 570-760 klatek. Jako posiadaczka aparatu cyfrowego miałam takie dni w swoim życiu, gdy jednego dnia potrafiłam tyle zrobić. Ale te robione dawniej w większości pamiętam, te robione teraz nawet po intensywnej selekcji nie dadzą się zapamiętać, może dlatego, że jest ich tyle, że rzadko się je ogląda.
Na szczęście pamiętałam swoją wizytę w hodowli motyli w ogrodzie botanicznym w okolicach Jałty (Нікітський ботанічний сад). Krym był wspaniałym miejscem na wakacje. Szkoda, że trzeba o tym pisać w czasie przeszłym. 

niedziela, 1 marca 2015

Zapleciona kamizelka

Gdyby ktoś jeszcze dwa lata temu powiedział mi, że wydziergam sobie takie coś do noszenia, to bym go wyśmiała. No ale w moim życiu było już wiele takich "gdyby", że nie powinnam się dziwić. W ubiegłym miesiącu Intensywnie Kreatywna ogłosiła wyzwanie warkoczowe i zaczęłam się zastanawiać, co chciałabym zrobić. Pomysłów było wiele i chęci również. Zamarzyła mi się od razu poduszka z poszewką na drutach, chusta z warkoczami, skarpety i nie wiadomo co jeszcze. Przeglądając jedną z moich książek trafiłam na taką oto kamizelkę i ona najbardziej do mnie przemówiła. 


Chciałam, aby podobnie jak ta kamizelka w książce, moja powstała z włóczki typu Tweed. Wybrałam YarnArt Merino Tweed w kolorze 383. W trakcie robienia okazało się, że trzy motki do za mało. Z trudem dokupiłam dodatkowe motki, gdyż włóczka ta nie jest już produkowana.
Model w książce zrobiony dla osoby o obwodzie w biuście niespełna 90 cm. Dla mnie trzeba było dołożyć kolejne 20 cm. Pierwszy raz robiłam tego typu kombinacje. Obawiałam sie, żeby kamizelka nie wyszła zbyt długa. Chyba dopisało mi szczęście początkujących. Kamizelka została skończona wczoraj, a dzisiaj zadebiutowała na przedwiosennym spacerze. Sprawdziła się znakomicie. Zastanawiam się tylko, jak ta włóczka zachowa się w praniu. Pierwszy raz  zmierzyłam się z zakańczaniem elastycznych brzegów. Jeśli chodzi o dziewiarstwo, to jeszcze mam sporo do zgłębienia, ale z kamizelki jestem jak na razie zadowolona. Efekt zachęca mnie również do kolejnych prób odzieżowych. Inspiracji generalnie mi nie brakuje i praktycznie od razu mogłabym wydziergać zapleciony golfik, ale chyba chwilowo dam sobie odpocząć od warkoczy, A odnośnie splotu warkoczowego, to próbowałam używać specjalnego drutu to warkoczy, ale zwykłe spuszczanie i zamienianie oczek bez specjalnego narzędzia wychodziło mi znacznie lepiej.




niedziela, 22 lutego 2015

Mozolnie i powoli

Dwa tygodnie temu zaczęłam dziergać kamizelkę. Mam już prawie cały przód i prawie cały tył, ale jakoś wszystko idzie mi mozolnie. Chyba mam jakieś wiosenne przesilenie robótkowe i nie mogę za długo nad niczym siedzieć w bezruchu. Nie wiem, czy w najbliższych dniach uda mi się skończyć. W trakcie robienia kamizelki okazało się, że włóczka z której powstaje: YarnArt Merino Tweed już nie jest produkowana, ale jakimś cudem udało mi się trochę dokupić. Już wiem, że będzie bardzo ciepła, bo odkąd tył osiągnął słuszny rozmiar moja kocica przesiaduje tylko na nim, dlatego też robótka nie jest przetykana tylko tweedowymi zgrubieniami, ale również kocią sierścią. A może z resztek, które zostaną może zrobić mini kocyk dla kota?
Kamizelka jest również moim pierwszym doświadczeniem odzieżowym (kołowca nie liczę) i mam nadzieję, że mój pomysł powiększenia rozmiaru przez zastosowanie grubszej włóczki sprawdzi się.