czwartek, 16 listopada 2017

Śnieżynek i gwiazdek czar

Śnieżynki i gwiazdki, to bardzo dobre prace do ćwiczenia techniki. Obojętnie, czy są to prace robione na klockach, czy też frywolitkowe, a nawet szydełkowe, to rozmaitość dostępnych wzorów jest tak duża, że zawsze można wybrać coś do poćwiczenia dla siebie. Moje gwiazdki i śnieżynki czekały na mój wolny czas bardzo długo, ale jak już nawinęłam klocki, to przyznam szczerze, że nie mogłam się od nich oderwać. Obie prace, które dzisiaj pokazuję pochodzą z książki, o której wspominałam w poprzednim poście. 



Obiecywałam Wam sesję zdjęciową tych prac, ale czas goni, w sobotę muszę się z nimi rozstać, a tu za oknem ciemno, weny brak i cóż począć. Poszłam po najmniejszej linii oporu. Tak jak już pisałam wcześniej, wzory te tak bardzo mi się podobają, że gwiazdki zostaną zrobione przeze mnie jeszcze raz, może wtedy najdzie mnie twórczy nastrój fotograficzny i zostaną pokazane w bardziej świątecznym anturażu. A jak tam Wasze przygotowania do świąt? Czy remanent w świątecznych dekoracjach już zrobiony? Może czasem warto zajrzeć do nich trochę wcześniej, aby zaplanować uzupełnienie ich o to, co naprawdę jest potrzebne i sprawdzi się w naszym wnętrzu? Tak tak, trzeba zajrzeć na strychy i do pawlaczy.
A tymczasem biegnę dokończyć listę zakupów na sobotni wyjazd hobbystyczny. 

piątek, 10 listopada 2017

Z poślizgiem ...

Tytuł posta powinien brzmieć raczej "znowu z poślizgiem", bo w ostatnich miesiącach dużo się dzieje i niekoniecznie znajduję czas na bieżące wpisy. Na szczęście w tym codziennym zabieganiu udało mi się zrobić parę drobnych prac na klockach. Prace są drobne tylko z nazwy, bo choć to zwykłe śnieżynki, to wymagają sporo czasu i uwagi. Wzory pochodzą z książki Brigitte Bellon "Allerlei geklöppelter Christbaumschmuck", są w niej dwadzieścia cztery takie drobiazgi, prawie wszystkie mi się podobają. 
Te już gotowe jeszcze nie doczekały się sesji zdjęciowej, ale pewnie kiedyś nastąpi taka chwila, że najdzie mnie wena fotograficzna. W zasadzie to powinna mnie najść już jutro, bo przede mną mała uroczystość rodzinna. Trzeba będzie zrobić parę zdjęć by uwiecznić najmłodszych szybko rosnących członków rodziny.

Przy okazji postu poświęconego koronce klockowej wspomnę o warsztatach, w których brałam udział w połowie października. W miłym ponad dwudziestoosobowym gronie pod okiem Małgorzaty Połubok doskonaliłyśmy umiejętności. To było bardzo owocne spotkanie, które przebiegło w miłej atmosferze. liczę, że na wiosnę nie ominie mnie następny taki zjazd. Pokłosiem tego spotkania będzie wystawa, ale jeszcze nie czas o tym pisać... 

niedziela, 1 października 2017

Jak zrobić wałek do robienia koronki klockowej - innowacje robótkowe

Na początku lata zgromadziłam słuszną ilość trocin potrzebnych do zrobienia wałka do robienia koronek. Nigdzie mi się nie spieszyło, więc przez kilka tygodni suszyły się w kartonie na stole w warsztacie  i budziły niesłychane zainteresowanie dzieci mojej Bratanicy. Maluchy za każdym razem, gdy przyjeżdżały prosiły o otwarcie pomieszczenia, zanurzały w nich ręce po łokcie  i zastanawiały się nad różnicą pomiędzy piaskiem, a trocinami, bo w pierwszej chwili myślały, że to piasek.

Te igraszki sprawiły, że wszystkie półki w pomieszczeniu pokryły się warstwą kurzu drzewnego, więc aby położyć temu kres musiałam wziąć się do pracy i wykorzystać trociny zgodnie z pierwotnym zamiarem. Do wałka postanowiłam wmontować płaskorzeźbę wykonaną w drewnie, którą dostałam parę lat temu, a że nie mam jej gdzie powiesić, leżała sobie na strychu i czekała na ciekawy pomysł. Jej średnica determinowała średnicę całego wałka, nie mogła ona być mniejsza, niż 35 cm. Nie chciałam go wypychać trocinami w całości, więc w środek została wmontowana rura wentylacyjna o średnicy 15 cm. Z obu stron wałka zostały założone pierścienie z płyty, którą nazywam "pleckami mebli". Na całość uszyłam podszewkę z materiału wsypowego. 
Wałek najłatwiej robi się ubijając trociny w rurze. Już jeden taki zrobiłam, o średnicy 19 cm, ale dostanie rury o średnicy 35 cm nie jest proste, więc musiałam poradzić sobie bez niej. Całość trzeba było zaszyć już ręcznie.


Rura w środku wałka tworzy naturalny schowek, gdzie można włożyć szpulki z nićmi, lub etui z klockami. Żeby to ładnie wyglądało i dało się zamknąć domontowałam taką oto zatyczkę. Jest wykonana z trzech podkładek korkowych. Dwie zostały docięte do średnicy otworu, wszystkie trzy skleiłam, na wierzch dałam owatę i obszyłam to wszystko tym samym materiałem, z jakiego zrobiony jest pokrowiec.









Długość wałka została dopasowana do długości deski na której można zamontować ten wałek na statywie fotograficznym. Taki zestaw wykoncypowałam sobie kilkanaście lat temu w początkach mojej kariery koronczarskiej. Pierwszy wałek z tamtego okresu już dawno nie istnieje, a deska i owszem. W tamtych czasach jej długość była dopasowana do długości walizki z którą jeździłam do Bobowej uczyć się koronki.
Gdyby ktoś chciał wykorzystać pomysł ze statywem, to wymaga to użycia ciężkiego statywu, bo tylko wtedy konstrukcja ta jest stabilna. Mój waży ponad 4 kg.
Jeśli chodzi o trociny, to muszą być one bardzo drobne, takie sprzedawane dla zwierząt, czyli raczej wióry nie nadają się, bo trudno jest wbijać w nie szpilki.
Ostatnie dziesięć dni upłynęło mi pod znakiem koronki klockowej. Powstają kolejne ozdoby choinkowe, ale o tym będzie już w kolejnym wpisie.














poniedziałek, 18 września 2017

Podróże z pasją - XVIII Międzynarodowy Festiwal Koronki Klockowej w Bobowej

Zrobiłam podsumowanie i doszłam do wniosku, że do Bobowej przyjeżdżam już od czternastu lat. Pierwszy raz pojawiłam się tu na początku lata w 2003 roku i od tego czasu na więcej festiwalach byłam, niż mnie nie było. 
W tym roku, wprawdzie po ciemku, ale miałam okazję zobaczyć piękny mural autorstwa NeSpoon. Ostatni raz gdy tędy przechodziłam ciągle stał szkaradny drewniany dom, który straszył swoimi opuszczonymi oczodołami okien i nic przez lata nie zapowiadało, że może on zniknąć z krajobrazu, a tu proszę, taka zmiana, zielony trawnik i ozdobiona 

koronkowym muralem ściana budynku lokalnego centrum kultury. Przy okazji festiwalu odbywa się konkurs na najpiękniejszą koronkę. Prawda jest taka, że sam konkurs jest o kilka lat starszy, niż sam festiwal. Dużych prac było trochę mniej, za to więcej ozdób i biżuterii. Na wystawie od kilku lat nie widać już prac nestorek grupy lokalnych koronczarek, ale za to coraz więcej prac z całej Polski, co jest takim małym jak na razie światełkiem, nadzieją, że ta koronka nie wymrze śmiercią naturalną i ktoś ją nadal będzie chciał robić.
Przyjeżdżając na festiwal zawsze z zainteresowaniem oglądam pokazy mody towarzyszące tej imprezie. Niezmiennie można liczyć na pokaz mody projektantek z Czech. Tak było i w tym roku. Ivana Domanjová  Dana Mašková zaprezentowały swoje dokonania, a ja ubolewałam, że mam mały aparacik z równie małym obiektywem, bo z daleka niewiele było widać. W przyszłym roku, o ile dane mi będzie pojechać, nie popełnię tego błędu! Wezmę mój największy tele.


Festiwal bodaj po raz pierwszy gościł koronczarki z Indii Nelindę i Carol da Silva. Panie od razu wystąpiły z pokazem mody. Była to stonowana klasyka w bardzo dobrym guście. Wyjątkiem od klasyki był ostatni biały strój, który nawiązywał do tradycyjnej mody indyjskiej.

Obok widzicie stoisko koronczarek reprezentujących słowackie Krakovany. Kiedyś dawno temu w Preszowie zachwycałam się bogactwem ornamentów na ich strojach ludowych, a tym razem miałam trochę czasu, aby przyjrzeć się temu z bliska.

Bardzo mi się też spodobały serwetki, których autorką jest Helena Drestová. Projekty przypominają te bobowskie, bo to w końcu koronka słowiańska, ale te są bardziej dopracowane pod względem artystycznym i już samych schematów, i nie wykluczam, że po któryś z nich sięgnę.
Pozwolicie, że nie będę się rozpisywać o innych stoiskach, a były koronczarki z Czech, Belgii, Holandii, Indii, Włoch, Francji 
i oczywiście Polski i to nawet całe trzy stoiska, które można właściwie liczyć jako cztery.



Przy okazji tej relacji chciałabym opowiedzieć w skrócie o dwóch wystawach, które odbyły się jako imprezy towarzyszące festiwalowi. Pierwszą, o której chciałam napisać, to wystawia "Śląsk w koronce" dla której prac i zbiorów swoje podwoje otworzył jeden z najlepiej zachowanych renesansowych dworów obronnych w Polsce, czyli dwór w Jeżowie.

Wystawa powstała dzięki patronatowi Domu Kultury Katowice Południe pod troskliwym okiem pani Małgorzaty Połubok. Wystawa cały czas się tworzy i rozwija i ma za zadanie odtworzenie koronczarskiego dziedzictwa Górnego Śląska, a jednocześnie prezentuje elementy śląskiego stroju ludowejo, stare fotografie, zbiór prac wykonanych techniką koronki klockowej przedstawiających znane budynki i budowle Górnego Śląska. 




Jest szansa, że i ja do tej wystawy swą koronkową cegiełkę dołożę, bo jak na razie to tylko wtrącałam swoje trzy grosze. Wystawa ta jest trzecią polską wystawą o której wiem, która towarzyszyła festiwalowi w czasie jego osiemnastoletniej historii. 










Przygotowania do wernisażu były jednocześnie okazją do miłych rozmów i spotkań. Mało brakowało, a sala w dworze okazałaby się za mała, aby pomieścić wszystkich gości wernisażu.










W pierwszym rzędzie zasiadły wszystkie nauczycielki pani Małgorzaty Połubok, to najbardziej krytyczna widownia. 












Wernisaż, to nie tylko odczyt opiekunki artystycznej, ale również chodząca w tle Basia wieszająca pranie, odziana w bieliźnie sprzed stu lat. To również siedząca w tle Michalina ubrana w śląski strój ludowy. Niektórzy myśleli, że to manekin i szmer przeszedł po sali, gdy Michasia zamrugała oczami ...







Na koniec zaprezentowały się autorki prac, które mogły w tym czasie przyjechać do Bobowej. Wszystkie są członkiniami Śląskiego Koła Koronki Klockowej.











Drugą z wystaw zorganizowała i otworzyła Jana Frajkorová. Wystawa prezentowała historię koronki w okolicach Preszowa, która jest tam znana jako soľnobanská čipka, czyli koronka, której tradycja wyrosła wokół kopalni soli. Jest to kolejna wystawa, którą zaprezentowała nam przy okazji festiwalu Jana Frajkorová. Jeśli o mnie chodzi, jest ona wielką osobowością twórczą i widać to w tym co tworzy. Śledzę jej prace nie tylko przy okazji festiwalu, ale również od niedawna w mediach społecznościowych i nieustannie podziwiam!

Na koniec tej relacji dodam jeszcze tylko, że festiwal w tym roku odbył się na początku września (7-10 IX),
 a nie jak dotąd na początku października. Ku zadowoleniu wszystkich pogoda dopisała.


piątek, 15 września 2017

100 dni do Wigilii

Niektóre robótkujące koleżanki mające więcej czasu na takie przyjemności, niż ja, już od jakiegoś czasu prezentują nowe ozdoby świąteczne.
U mnie na strychu od dwóch lat leżą bombki przygotowane do ozdobienia frywolitką. Może w tym roku uda mi się chociaż część udekorować.
Kuszą mnie również drobne szydełkowe śnieżynki, których wzory zostały zamieszczone w książce "100 Snowflakes to crochet" autorstwa Caitlin Sainio.

Tymczasem mogę się pochwalić dwoma dzwoneczkami zrobionymi techniką koronki klockowej. Takie małe elementy można wykorzystać do ozdobienia kartek do najważniejszych nam osób, albo jako przywieszki do prezentów. Uwielbiam świąteczne ozdoby z koronki klockowej i choć mam ich niewiele, to po świętach zazwyczaj dość długo wiszą sobie w pokoju dziennym i na zazdrosce w kuchni.
A czy Wy macie już jakieś plany jeśli idzie o robótki o tematyce świątecznej?

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Z potrzeby chwili

Długi weekend sierpniowy mija mi z jednej strony leniwie, z drugiej pożytecznie. Właściwie "leniwie" nie jest tu odpowiednim słowem, tym bardziej właściwym jest "niespiesznie", a niespiesznie chyba zawsze oznacza przyjemnie.
Moja Bratowa nie dalej, niż tydzień temu pożaliła mi się, na upalne noce i zbyt ciepłą kołdrę, zaproponowałam jej, żeby w poszwę wsadzić polar. Tylko dla mnie to wsadzić, to nie oznacza tak po prostu włożyć i już.


Przy tej okazji wyobraziłam sobie przepikowanie całej powierzchni. Żeby to pikowanie nam się udało, trzeba ten polar naprawdę równo ułożyć, a potem wszystkie trzy warstwy przyfastrygować do siebie. W ogóle to najlepiej już pierwszą warstwę poszwy dobrze jest do polara przyfastrygować. Ale wtedy z tego niewinnego obleczenia polara w poszwę robi się całkiem sporo pracy i to jeszcze przed przystąpieniem do pikowania. Pikowanie było ekspresowe, poświęciłam tyleż czasu wczoraj wieczorem, co dzisiaj przed południem i już. Kołderka jest gotowa. Zastanawiałam się nad wzorem pikowania, ale tak jakoś w naturalny sposób przyszły mi do głowy tulipanowe liście, zwłaszcza , że na poszwie są namalowane białe i żółte tulipany. Oby właścicielka kołderki była z niej zadowolona. Cieszę się, że zdążyłam przed kolejną falą upałów.

Skoro przeszłam do kwiatów, to pochwalę się moją żywą ozdobą kuchni. Skrętniki w trzech kolorach. 
Po wiosennym kwitnieniu stały ogołocone, ale zaczęły wypuszczać pączki. Czekam, aż będą miały jeszcze więcej kwiatów.

piątek, 28 lipca 2017

Sezon na ptaki

Parę lat temu nabyłam w Czechach panel z sześcioma ptasimi obrazkami, z przeznaczeniem na poduszki. Wtedy dopiero planowałam zabranie się za szycie patchworków. Już mi się udało nieco w tej technice popełnić, ale dopiero teraz ptaszki nabrały mocy urzędowej, a raczej dojrzała we mnie wizja wierzchów tych poduszek. Wszystkie sześć wierzchów uszyłam, teraz czekam na możliwość dokupienia jednej z tkanin, bo z niej planuję uszyć spody poduszek. Zastanawiam się też jak przepikować, żeby nie przesadzić.

Chyba robiąc takie projekty nie lubię zrobić wszystkiego jednym ciągiem. Teraz je odłożę na jakiś czas, bo po głowie chodzą mi już wierzchy czegoś innego, prezentowego. W międzyczasie szydełkuję pracę z poprzedniego wpisu. Czy Wy też tak macie i chwytacie dziesięć srok w garść? 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Niespodziewany prezent

Rzadko kiedy dostaję jakiś prezent, który jest rękodziełem. Zarówno rodzina, jak i znajomi doszli pewnie do wniosku, że w sumie to prawie wszystko umiem sama zrobić. 
Tymczasem moja koleżanka, z którą lat temu całkiem sporo dzieliłam pokój w akademiku obdarowała mnie haftowaną serweteczką przywiezioną z Dubrownika. Z tej radości aż chciałam wybrać się do Chorwacji, gdzie nigdy nie byłam, ale póki co nie udało się ... na razie odpoczywam w domu.

Przy okazji wyciągnęłam różne magazyny z haftem krzyżykowym i powspominałam się jakie były początki mojej rękodzielniczej pasji, a wszystko zaczęło się właśnie od haftowania. Muszę Wam pokazać dwie rzeczy które haftowałam jeszcze nie jako nastolatka. Nie są zbyt piękne, ale są dowodem mojej wytrwałości w wieku powiedziałabym dość wczesnym.

Na zdjęciu uchwyciłam początek firaneczki, która ma niewinną szerokość 30 cm, ale ma być wysoka na 190 cm, a w skład kompletu będą wchodzić dwie takie sztuki. Efekt zobaczycie nieprędko, bo nie zamierzam siedzieć nad tym godzinami i postanowiłam sobie, że dziennie będzie powstawać maksymalnie 10 rzędów. Mój kręgosłup źle znosi długie godziny siedzenia. Nie chcę  też traktować robótek zadaniowo, wszak robię to wszystko dla przyjemności.

Tydzień temu w niedzielę byłam na kolejnej edycji festiwalu Etnomania, ale pomimo iż miałam aparat, to nie chciało mi się robić zdjęć. Chłonęłam to, co widziałam i przyznam szczerze, że ludzie tworzą wspaniałe rzeczy. Miło mi też było spotkać na tym festiwalu znajomych, a grono tych robótkujących z roku na rok powiększa się. Etnomania to też miejsce na fantastyczny piknik rodzinny. Organizatorzy rozkładali kocyki, aby rodziny z dziećmi mogły się porozkładać.

czwartek, 15 czerwca 2017

Podróże z pasją - Fulnek 2017

W pierwszą sobotę czerwca razem z grupą entuzjastek patchworku z Katowic i okolicy wybrałam się na doroczną wystawę patchworku w czeskim Fulneku. 
Marcela Kocirova
Jana Duskova
Byłam tam już po raz drugi, zresztą w ubiegłorocznych wpisach jest również post na ten temat. Wiedziałam mniej więcej czego mogę się spodziewać i nie zawiodłam się, aczkolwiek przez ostatni rok dowiedziałam się o patchworku dość sporo i tym razem na prace patrzyłam nieco inaczej.















Na wystawie w kościele św. Jana pokazywane były bardzo różne prace, zarówno klasyczne, jak i bardziej nowoczesne, duże i małe, różnego przeznaczenia. W tym roku uważniej przyglądałam się pikowaniu i cóż, muszę powiedzieć, że były one pikowane bardzo oszczędnie. Przeciągnięcie dużego patchworku pod ramieniem najczęściej maszyny domowej jest naprawdę dużym wyzwaniem.



Libuse Tranova

Wśród prac, które przykuły moją uwagę był obrus uszyty z tkanin Kaffe Fassett Studio i paneli wyszytych maszynowo przedstawiających owady w kolorystyce wpisującej się w słynne "kapusty". 









W kościele oprócz prac pokazowych wystawiane są również prace konkursowe. Zwiedzający również mogą oddać głos. Prace te są anonimowe. Moim faworytem była Mandala, która jak się później okazało została uszyta przez Danuše Březinovą z Ostrawy. Danusia jest również właścicielką sklepu z tkaninami i na jej objazdowym stoisku nie dało się nie zostawić trochę koron.

















Kolejna praca konkursowa. Niestety, autor pozostaje dla mnie anonimowy. Poszczególne elementy "witrażu" były naszywane jak aplikacja.



























Patchworki z aplikacjami. Patrzę i podziwiam. Może kiedyś odważę się chociaż spróbować. Ten po prawej stronie to dla mnie również jedna z najlepszych prac tego konkursu.

Nada Dankova


 























Oprócz ekspozycji w nawie głównej kościoła, w samym kościele były jeszcze dwie wystawy towarzyszące. Na jednej prezentowane były prace w których technikę patchworku interpretowano dość swobodnie, a to znaczy bardzo twórczo. Prace były bardzo różne, choć łączył je ten sam format. Ja ze względu na wielką miłość do koronek wszelakich zwróciłam uwagę na patchwork na zdjęciu obok, choć w tym wypadku uwaga nie oznacza zachwytu, ani nawet podobania się. Może można i tak, ale ja staram się dla koronek znaleźć lepsze miejsce.









Drugą wystawą towarzyszącą była wystawa patchworków pokazujących widoczki z Pragi. Bardzo mi się te pocztówki podobały.











W kaplicy św. Rocha była do obejrzenia jeszcze jedna wystawa. Autorką wszystkich pokazywanych tam prac była Vĕra Skočková. Artystka tworzy w wypracowanym przez siebie stylu i na swych pracach prezentuje wołoskie legendy (Valašské legendy). 







Dla mniej wtajemniczonych była pokazana kolejność powstawania patchworków. Żartowałam sobie, że ona to przynajmniej nie ma w domu dużej szafki ze szmatami, bo zadowala się zaledwie kilkoma, no może kilkunastoma tkaninami. W sumie to biały, czerwony i granat z różnymi wersjami tła.







A skoro już o szmatach mowa, to nie udało mi się oprzeć i kupiłam parę "látek", bo tak Czeszki nazywają tkaniny. Z tego, co widać w największej okazałości powstanie chyba jakaś torebka.









Przy okazji wystaw był również kiermasz, o czym pisałam już zresztą wcześniej. Na jednym ze stoisk można było spróbować farbowania techniką ebru, o czym przekonała się autorka tego bloga. Możecie tam zobaczyć jeszcze więcej zdjęć z wystaw.  Chyba w końcu przy okazji następnej wizyty w Czechach skuszę się na jakieś farby, a może również mały kursik ebru?
















Zanim odtrąbiono powrót siedziałam sobie popijając colę, kupioną za pożyczone już pieniądze, bo gotówkę wydałam w całości, a w barze nie przyjmowano plastiku. Dostrzegłam taką oto kompozycję kwiatową, która bardzo mnie urzekła. Ten pozorny nieład bardzo mi się podoba. Po powrocie do domu wyrzuciłam ze skrzynek dogorywające już bratki i próbuję zrobić coś na kształt. Nie aż tyle, bo mam za małe parapety.

poniedziałek, 29 maja 2017

"Różany ogród" gotowy na sezon ogrodowy

Pod koniec długiego majowego weekendu zabrałam się za kończenie mojej pierwszej patchworkowej kołderki. Plan dwóch ostatnich wzorów, które miałam wypikować miałam już gdzieś w głowie poukładany, tylko czas, czas, magiczne słowo które w tym roku powtarzam częściej niż zwykle. Po pomalowaniu kuchni znalazłam dzień na igraszki z maszyną i trzeba było jeszcze całość wyprać, przyciąć i oblamować. Lamowanie podziałało na mnie jak narkotyk, jak już zaczęłam obszywać ręcznie drugą stronę, to już nie mogłam oderwać się od igły. Było to dodatkowo przyjemne ze względu na ziąb za oknem, a tu siedział sobie człowiek wygodnie pracując nad ostatnim szlifem rozpoczętego rok wcześniej projektu, który nie tylko dawał satysfakcję oczom, ale również ciepło kolanom.



Na ogół ograniczam ilość zdjęć w postach, ale tym razem zaszaleję. Nie będę już wracać do tych historycznych, które już tu kiedyś pokazywałam wspominając o powstającym patchworku, ale pokażę więcej, niż zazwyczaj zdjęć gotowej pracy. Projekt pikowania nawiązuje do układu wzorów na tkaninie. Naturalne wykorzystanie kratki, a na innym wzorze fala wokół elementów okrągłych. Największym dylematem było wypikowanie pól z różanymi bukietami. Sześciobok z różami jest raportem tkaniny o takim wzorze. Bukiety występują w dwóch wariantach. 
Przyznam szczerze, że pikowanie kołderki 150x200 cm na maszynie domowej jest wyzwaniem. W czasie pracy nasunęło mi się sporo przemyśleń warsztatowych. Na pewno wykorzystam je przy kolejnych większych projektach.











Kołderka została uszyta z przeznaczeniem na łóżko ogrodowe, ale w pokoju też dobrze się prezentuje.  















Wzory liści, kółek i ten na brzegu były nanoszone na tkaninę przed pikowaniem. Nie mam aż tak pewnej ręki, aby pikować coś takiego z głowy. Pikowanie z wolnej ręki, jako zajęcie, które wymaga całkowitego oderwania się od rzeczywistości bardzo mi się podoba.








Myślę, że dobrze, gdy kołderki występują w parach, dlatego nie wykluczam uszycia drugiej, w podobnej kolorystyce, ale bardziej stonowaną wzorniczo.