czwartek, 15 czerwca 2017

Podróże z pasją - Fulnek 2017

W pierwszą sobotę czerwca razem z grupą entuzjastek patchworku z Katowic i okolicy wybrałam się na doroczną wystawę patchworku w czeskim Fulneku. 
Marcela Kocirova
Jana Duskova
Byłam tam już po raz drugi, zresztą w ubiegłorocznych wpisach jest również post na ten temat. Wiedziałam mniej więcej czego mogę się spodziewać i nie zawiodłam się, aczkolwiek przez ostatni rok dowiedziałam się o patchworku dość sporo i tym razem na prace patrzyłam nieco inaczej.















Na wystawie w kościele św. Jana pokazywane były bardzo różne prace, zarówno klasyczne, jak i bardziej nowoczesne, duże i małe, różnego przeznaczenia. W tym roku uważniej przyglądałam się pikowaniu i cóż, muszę powiedzieć, że były one pikowane bardzo oszczędnie. Przeciągnięcie dużego patchworku pod ramieniem najczęściej maszyny domowej jest naprawdę dużym wyzwaniem.



Libuse Tranova

Wśród prac, które przykuły moją uwagę był obrus uszyty z tkanin Kaffe Fassett Studio i paneli wyszytych maszynowo przedstawiających owady w kolorystyce wpisującej się w słynne "kapusty". 









W kościele oprócz prac pokazowych wystawiane są również prace konkursowe. Zwiedzający również mogą oddać głos. Prace te są anonimowe. Moim faworytem była Mandala, która jak się później okazało została uszyta przez Danuše Březinovą z Ostrawy. Danusia jest również właścicielką sklepu z tkaninami i na jej objazdowym stoisku nie dało się nie zostawić trochę koron.

















Kolejna praca konkursowa. Niestety, autor pozostaje dla mnie anonimowy. Poszczególne elementy "witrażu" były naszywane jak aplikacja.



























Patchworki z aplikacjami. Patrzę i podziwiam. Może kiedyś odważę się chociaż spróbować. Ten po prawej stronie to dla mnie również jedna z najlepszych prac tego konkursu.

Nada Dankova


 























Oprócz ekspozycji w nawie głównej kościoła, w samym kościele były jeszcze dwie wystawy towarzyszące. Na jednej prezentowane były prace w których technikę patchworku interpretowano dość swobodnie, a to znaczy bardzo twórczo. Prace były bardzo różne, choć łączył je ten sam format. Ja ze względu na wielką miłość do koronek wszelakich zwróciłam uwagę na patchwork na zdjęciu obok, choć w tym wypadku uwaga nie oznacza zachwytu, ani nawet podobania się. Może można i tak, ale ja staram się dla koronek znaleźć lepsze miejsce.









Drugą wystawą towarzyszącą była wystawa patchworków pokazujących widoczki z Pragi. Bardzo mi się te pocztówki podobały.











W kaplicy św. Rocha była do obejrzenia jeszcze jedna wystawa. Autorką wszystkich pokazywanych tam prac była Vĕra Skočková. Artystka tworzy w wypracowanym przez siebie stylu i na swych pracach prezentuje wołoskie legendy (Valašské legendy). 







Dla mniej wtajemniczonych była pokazana kolejność powstawania patchworków. Żartowałam sobie, że ona to przynajmniej nie ma w domu dużej szafki ze szmatami, bo zadowala się zaledwie kilkoma, no może kilkunastoma tkaninami. W sumie to biały, czerwony i granat z różnymi wersjami tła.







A skoro już o szmatach mowa, to nie udało mi się oprzeć i kupiłam parę "látek", bo tak Czeszki nazywają tkaniny. Z tego, co widać w największej okazałości powstanie chyba jakaś torebka.









Przy okazji wystaw był również kiermasz, o czym pisałam już zresztą wcześniej. Na jednym ze stoisk można było spróbować farbowania techniką ebru, o czym przekonała się autorka tego bloga. Możecie tam zobaczyć jeszcze więcej zdjęć z wystaw.  Chyba w końcu przy okazji następnej wizyty w Czechach skuszę się na jakieś farby, a może również mały kursik ebru?
















Zanim odtrąbiono powrót siedziałam sobie popijając colę, kupioną za pożyczone już pieniądze, bo gotówkę wydałam w całości, a w barze nie przyjmowano plastiku. Dostrzegłam taką oto kompozycję kwiatową, która bardzo mnie urzekła. Ten pozorny nieład bardzo mi się podoba. Po powrocie do domu wyrzuciłam ze skrzynek dogorywające już bratki i próbuję zrobić coś na kształt. Nie aż tyle, bo mam za małe parapety.

poniedziałek, 29 maja 2017

"Różany ogród" gotowy na sezon ogrodowy

Pod koniec długiego majowego weekendu zabrałam się za kończenie mojej pierwszej patchworkowej kołderki. Plan dwóch ostatnich wzorów, które miałam wypikować miałam już gdzieś w głowie poukładany, tylko czas, czas, magiczne słowo które w tym roku powtarzam częściej niż zwykle. Po pomalowaniu kuchni znalazłam dzień na igraszki z maszyną i trzeba było jeszcze całość wyprać, przyciąć i oblamować. Lamowanie podziałało na mnie jak narkotyk, jak już zaczęłam obszywać ręcznie drugą stronę, to już nie mogłam oderwać się od igły. Było to dodatkowo przyjemne ze względu na ziąb za oknem, a tu siedział sobie człowiek wygodnie pracując nad ostatnim szlifem rozpoczętego rok wcześniej projektu, który nie tylko dawał satysfakcję oczom, ale również ciepło kolanom.



Na ogół ograniczam ilość zdjęć w postach, ale tym razem zaszaleję. Nie będę już wracać do tych historycznych, które już tu kiedyś pokazywałam wspominając o powstającym patchworku, ale pokażę więcej, niż zazwyczaj zdjęć gotowej pracy. Projekt pikowania nawiązuje do układu wzorów na tkaninie. Naturalne wykorzystanie kratki, a na innym wzorze fala wokół elementów okrągłych. Największym dylematem było wypikowanie pól z różanymi bukietami. Sześciobok z różami jest raportem tkaniny o takim wzorze. Bukiety występują w dwóch wariantach. 
Przyznam szczerze, że pikowanie kołderki 150x200 cm na maszynie domowej jest wyzwaniem. W czasie pracy nasunęło mi się sporo przemyśleń warsztatowych. Na pewno wykorzystam je przy kolejnych większych projektach.











Kołderka została uszyta z przeznaczeniem na łóżko ogrodowe, ale w pokoju też dobrze się prezentuje.  















Wzory liści, kółek i ten na brzegu były nanoszone na tkaninę przed pikowaniem. Nie mam aż tak pewnej ręki, aby pikować coś takiego z głowy. Pikowanie z wolnej ręki, jako zajęcie, które wymaga całkowitego oderwania się od rzeczywistości bardzo mi się podoba.








Myślę, że dobrze, gdy kołderki występują w parach, dlatego nie wykluczam uszycia drugiej, w podobnej kolorystyce, ale bardziej stonowaną wzorniczo.


niedziela, 7 maja 2017

Zioła w kuchni

Z robótkami ręcznymi ostatnio idzie powoli, ale też trudno się dziwić, bo skupiam się  na malowaniu po kolei wszystkich pomieszczeń. Przy okazji wyciągnęłam z ramek, obrzuciłam na maszynie i wyprałam moje ulubione obrazki z ziołami, które wyhaftowałam kiedyś z moją Mamą. Ramki okazały się niewystarczająco szczelne i obrazki wdarł się kurz. Teraz znów pięknie prezentują się na pomalowanej na nowo ścianie. Nowy szary kolor zdecydowanie lepiej służy jako tło, niż poprzedni.


Wzór pochodzi ze starego wydania "Budra Special" nr 4/99, które ukazało się w Polsce pod tytułem "Igłą malowane. Ozdoby do kuchni i łazienki". Obrazki te jakoś umknęły mojej uwadze, ale Bratowa zobaczyła je u koleżanki na ścianie i tak powstały od razu dwie serie, dla niej i dla mnie.

Później jeszcze dwie z moich znajomych też je haftowały. Bardzo dobrze prezentują się w passe-partout. Widziałam również oprawione w wersji bez (takie możecie zobaczyć na zdjęciu we wspomnianym piśmie), ale zdecydowanie polecam z tą dodatkową ramką z kartonika.


W ostatnim dniu długiego weekendu i również wczoraj sporo siedziałam przy maszynie do szycia. Już pewnie niedługo będę mogła pokazać skończony ogród różany, który powoli tworzę od prawie roku. Sporo czasu poświęciłam też na snucie planów nad kolejnymi projektami. Kupka tkanin odłożonych do szybkiego użycia rośnie. Teraz pokój, gdzie mam maszynę jest najcieplejszym pokojem w domu, co sprzyja spędzaniu tu czasu... Jest szansa, że z odłożonego na stole stosiku wkrótce będzie pożytek, zwłaszcza, że mam zaległy prezent do zrobienia. Powoli rodzi mi się pomysł, co to ma być.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Weekend z koronką

Pogoda w ten weekend zachęcała do pozostania pod dachem. Dobrze, gdy pod jednym dachem spotkają się pasjonaci tego samego i cieszą się tym, co robią. Tym razem jednym miejscu spotkało się ponad 20 miłośniczek koronki klockowej i pod czujnym okiem Małgorzaty Połubok zgłębiały tajniki pracy z niezwykłą materią koronki klockowej. Każda z nas wybrała sobie inny wzór. Wiele z nich jest na tyle skomplikowanych, że jeden weekend nie wystarczył...
Trudno się temu dziwić, zwłaszcza że w czasie takich spotkań oprócz pracy na klockach, ważny jest też aspekt towarzyski ...

Zaczęłam brzeg do serwetki, która będzie "prezentem" dla mojej odmalowanej kuchni, ale żeby prezent mógł znaleźć się na swoim miejscu trzeba serwetkę skończyć, a kuchnię odmalować. Na tym wzorze w niezapominajki jest 216 listków. Osoby robiące koronkę klockową wiedzą, co to znaczy 😊
Muszę się sprężać. Przy wałku nie da się siedzieć zbyt długo, ale też nie warto siadać na krócej niż godzinę.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Świątecznie w wiosennych kolorach


Jeszcze w pierwszej połowie grudnia ubiegłego roku zaprojektowałam świąteczny bieżnik, który wówczas dość szybko udało mi się uszyć. Podstawa projektu była oparta o blok Ah'Teen, ale ten był w kwadracie, a ja potrzebowałam prostokąta o określonych proporcjach boku, aby pasował na mój dość długi stół. Najpiękniejszym motywem na tą wiosenną okazję są dla mnie tulipany. W ubiegłym roku pokazywałam Wam
serwetę haftowaną krzyżykami, w żółte tulipany. Tym razem, żeby nie było zbyt żółto, tulipany są kolorowe. 
Serweta miała być skończona przed świętami, ale zabrakło mi czasu i weny na wypikowanie jasnych pól, a nie chciałam tego robić w pośpiechu, bo wiadomo, co nagle, to po diable. Bez tych pikowań też da się położyć na stole.









Dla tych  z Was, którym podoba się projekt zamieszczam schemat. Przy publikacjach proszę o podanie źródła inspiracji. W moim bieżniku każdy z kwadratów ma wymiary 2" x 2", czyli metrycznie 5,08 cm  x 5,08 cm. Ale wymiary możecie dostosować do swojego stołu. Dodatkowe pole manewru pozostawiają zielone pasy dookoła, które nie muszą mieć tej samej szerokości, co reszta kwadratów.
Nie chciałam wykonywać bieżnika z lamowanym brzegiem. Wymagało to podpięcia wypełnienia do wierzchu i zszycia wierzchu ze spodem przed pikowaniem. Dałam radę. Dzięki temu mam cienki brzeg. Zastanawiam się, czy nie zrobić jeszcze mniejszej serwety z pojedynczym motywem, chociaż nie wiem, czy ten motyw w układzie trzech nie wygląda po prostu idealnie.



















Tymczasem zamiast robótek zajmuję się ostatnio raczej pracami budowlano-wykończeniowymi. Idzie mi nieźle, acz powoli. Najgorzej, że jak człowiek sobie coś zaplanuje czasowo, to wyjdą jakieś nieprzewidziane prace, których zakresu trudno jest wcześniej przewidzieć. Tak to jest mieszkać w starej przedwojennej chałupie. Pocieszające jest tylko, że do tej chałupy pasują hafty i koronki, co w świetle moich zainteresowań rękodzielniczych jest istotne.

Na szczęście każdy remont kiedyś się kończy i potem można spędzać czas w świeżo odnowionych pomieszczeniach. Przy pracach tego typu najgorsze jest to, że część pomieszczeń jest remontowana, a pozostałe są zagracone tym, co z tych remontowanych pomieszczeń jest wynoszone. Wniosek: trzeba minimalizować ilość rzeczy, ale przydasie robótkowe mieć trzeba 😉!

sobota, 1 kwietnia 2017

Wiosenne porządki w pracowni

W poprzednim poście pisałam o nierobótkowym lutym, a tu zrobił się również nierobótkowy marzec
i wpisów brak. Ale w marcu pozwoliłam sobie na dwie wielkie przyjemności w postaci kursów patchworkowych. Nie pisałam tu o nich , ponieważ nie miałam na razie czasu skończyć robionych w ramach kursów prac. 
W czasie styczniowych mrozów postanowiłam przenieś się z szyciem do cieplejszego pokoju. Było to pewnym przedsięwzięciem, bo duży stół trzeba było rozkręcić, 

gdyż nijak nie chciał się zmieścić w drzwiach. Dzisiaj nastąpił ten dzień, gdy wszystko wróciło na swoje miejsce. Do przeprowadzki zachęciła mnie zimowa mieszkanka pokoju, czyli ponad dwudziestoletnia kliwia, obsypała się właśnie kwiatami i nie mogę od niej oczu oderwać. Za sprawą słonecznej pogody na poddaszu zrobiło się przyjemnie ciepło. Coś mi się wydaje, że wiosenne wieczory będę spędzać właśnie tutaj.
















Oprócz kliwii ozdobą poddasza jest również hipeastrum. Eksperymentuję z uprawą cebul w wodzie. Rosną tak już od prawie czterech lat. A w kuchni zakwitł falenopsis.
























Na tarasie zaś królują bratki. Wygodny fotel też zachęca aby tu usiąść z jakąś robótką. Trzeba popracować nad organizacją czasu, aby wygospodarować taką przyjemną chwilę pod koniec dnia.
Ja tymczasem zaraz sięgam po czółenko, no bo w końcu dzisiaj Międzynarodowy Dzień Frywolitki. Trzeba to jakoś uczcić, a tego dnia zostało raptem półtorej godziny.

sobota, 11 lutego 2017

Nowy miesięcznik dla miłośniczek szycia

W styczniu wpadł mi w ręce nowy magazyn z wykrojami. Modele w  tym pierwszym numerze bardzo mi się podobały, ale do tej pory nie skorzystałam jeszcze z żadnego z wykrojów. W ostatnich dniach zaczęłam się rozglądać za drugim numerem, ale znajoma kioskarka powiedziała, że niestety, jest tylko styczniowy numer. Okładka wyglądała obco, zajrzałam do środka i stwierdziłam, że nie kojarzę żadnego z proponowanych modeli. Nic dziwnego, bo to nie jest ten numer, który kupiłam w styczniu. Wydano numer drugi, tylko korekta pisma zawiodła i nie zmieniła numeru na okładce, na jednym i na drugim jest 1/2017! 
A modele w obu numerach naprawdę mi się podobają i chciałabym sobie kilka z tych rzeczy uszyć. Jak przetestuję, to napiszę, co są warte.








Luty nie zapowiada się u mnie robótkowo. Wzięłam się za malowanie mieszkań, w końcu wiosna za pasem i chyba w tym stanie ducha nie będę nic tworzyć, bo z jednej strony nie mam ani czasu, ani siły, a z drugiej moje myśli zajęte są zupełnie czymś innym. Wcale nie planowałam w lutym takich prac, ale tak mnie naszło i muszę, bo się uduszę :) 
Chociaż z drugiej strony mam warunki, żeby zamknąć remontowany pokój i udać się tam, gdzie stoi maszyna, albo wziąć druty i usiąść wygodnie w fotelu i jeśli ten stan remontowy będzie się przedłużał, to pewnie tak zrobię. 

niedziela, 29 stycznia 2017

Spokojna niedziela

Wczoraj na Dalekim Wschodzie rozpoczęto świętowanie nadejście roku ognistego koguta, albo jak kto woli kury. Piszę o tym dlatego, że podobno ma to być dla mnie szczęśliwy rok. Mam nadzieję, że po godzinach pracy znajdę w tym roku czas na bycie kurą domową i pielęgnowanie swoich pasji.






Dzisiaj celebrowałam taki właśnie spokojny dzień w domu. Na chwilę usiadłam do maszyny i eksperymentowałam pikowanie i obszywanie cieniowanymi nićmi. Nie chciałam tak tylko pikować na kanapce - patchworkowym brudnopisie, więc sięgnęłam po kawałek filcu, który pozostał po szyciu organizera z poprzedniego postu. Filc jest tak gruby, że pikowanie trochę w nim ginie, muszę spróbować jeszcze na ciemnej tkaninie.


Trzeba pomyśleć nad zastosowaniem takiego wykończania brzegów, jak na zdjęciu obok. Na filcu wygląda ciekawie. A może zrobić aplikację z tkaniny a brzeg wykończyć w ten sposób?
To pikowanie jest dość delikatne i na zdjęciach trudno jest je odpowiednio zaprezentować.  

niedziela, 22 stycznia 2017

Organizer do bagażnika






























Uszyłam coś trochę nietypowego i odbiegającego od prezentowanych tu prac. Przeglądając na początku stycznia blog ETI natknęłam się na instruktaż i doszłam do wniosku, że to może być fajny prezent, który jeszcze w styczniu będę mieć okazję wręczyć solenizantowi. To moje pierwsze doświadczenie z szyciem filcu i zszywanie dwóch warstw, które w sumie mają 1 cm grubości zdecydowanie przekracza moje dotychczasowe doświadczenia z maszyną, w tym pikowanie kanapek. No cóż, szycie takiego grubego filcu naprawdę jest wyzwaniem.

Początkowo miałam koncepcję kieszonki w kolorach maskujących, ale na uchwyty kupiłam szarą taśmę nośną z pomarańczowymi przeszyciami i do zadecydowało, że kieszonka ,musi być do niej dopasowana kolorystycznie. Okazało się, że na półce są wszystkie potrzebne tkaniny.

Szary pasek ozdobiłam imieniem solenizanta i ozdobnym ściegiem, zastanawiałam się, czy nie jest to trochę infantylne, ale doszłam do wniosku, że skoro jest radosne, to może być, w końcu zbytnia powaga wcale nikomu nie służy. Do szycia ściegiem ozdobnym użyłam nici do haftu maszynowego. Mają delikatny połysk. 

Chyba dla siebie uszyję podobny, pomoże mi to zapanować nad obowiązkowym wyposażeniem mojego samochodu, wożonym w bagażniku.








sobota, 14 stycznia 2017

Zeszłoroczny jesienny liść
























We wrześniu na kursie robienia aplikacji w Szkole Patchworku miałam okazję uszyć ten mini patchwork, ale dopiero w ostatnich dniach udało mi się obszyć pracę lamówką. To nie jedyny kurs aplikacji, jaki odbyłam, oba bardzo mi się podobały, o tym drugim będzie kiedy indziej, jak skończę rozpoczętą na nim pracę.

Kursy aplikacji otworzyły przede mną nowe możliwości i to nie ze względu na to, czego się tam nauczyłam, ale dlatego, że takie zajęcia otwierają człowiekowi różne klapki w głowie. 

Najbliższy tydzień zapowiada się bez maszyny, może uda mi się naszkicować jakieś projekty aplikacji lub pikowania, albo w końcu wyciągnę czółenko, 


czwartek, 5 stycznia 2017

Dla rodziców maluszka

Mój romans z maszyną trwa. Do kompletu z kocykiem uszyłam mufkę do wózka. Informacje, jak to zrobić znalazłam tutaj na blogu Thready. Przyznam szczerze, że wcześniej nigdy takiej mufki nie widziałam na oczy. Moim osobistym wkładem w projekt mufki jest projekt kieszonki. Użytkownicy bardzo sobie ową kieszonkę chwalą.







W sylwestrowe przedpołudnie miałam okazję sama być użytkowniczką owej mufki i przyznam, że korzystało się z niej wygodniej i swobodniej, niż ze zwykłych rękawiczek. Nie wiem, jak sprawdzi się przy bardziej ekstremalnych temperaturach, ale prawda jest też taka, że przy dużych mrozach na długie spacery nie wychodzi.

Obiecuję sobie, że czas spędzony przy maszynie będę równoważyć aktywnością fizyczną. Przez ostatnie dwa dni była tylko aktywność ruchowa w postaci odśnieżania, a do maszyny praktycznie nie siadłam. Nie wiem, czy u Was też tyle napadało. Dzisiaj doświadczyłam pewnej anomalii, otóż w miejscu, gdzie pracuję cały dzień padał śnieg, a tam gdzie mieszkam, choć to w linii prostej niecałe dwadzieścia kilometrów, praktycznie nie padało. 

Plany na najbliższy długi weekend są oczywiście maszynowe. Korci mnie, żeby uszyć coś odzieżowego. Może odkurzę też swoje narty biegowe, w końcu nie każdej zimy trafiają się takie znakomite warunki, które mam w sumie za progiem.


W noworoczny poranek moja kocica pozowała mi wdzięcznie do zdjęcia. Dzisiaj takie zdjęcie nie byłoby możliwe, kot zlałby się z tłem. Wszędzie biało. 


niedziela, 1 stycznia 2017

W oczekiwaniu na wiosnę


Święta, święta i po świętach, Sylwester za nami. Mamy rok 2017, 365 nowych dni i masę nowych planów. Nowe święta i okazje, do których będziemy się przygotowywać. Każdy z nas ma też pewnie parę noworocznych postanowień.
W ramach przygotowań do kolejnych świąt zaprojektowałam bieżnik na największy stół, jaki posiadam. Wszystkie barwne elementy zostały już wypikowane, ale jeszcze muszę wypikować jasne przestrzenie. Biorąc pod uwagę czas poświęcony tej pracy do tej pory, to niewiele już zostało. Obok możecie zobaczyć wszystkie tkaniny uwikłane w tą pracę. Szerzej na temat projektu napiszę, gdy będę prezentować wypikowaną do końca pracę.
Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę dużo zdrowia, masy pomysłów i wytrwałości w ich realizacji.